wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział V

Damona nie było w domu do około piątej nad ranem. Przez godzinę obserwował Elenę wietrzyła łazienkę, a potem szykującą się do snu.
 Siedząc na dachu domu ulicę obok zastanawiał się, czy wykorzystywanie Eleny do objętego przez niego ukrytego celu jest czynem wybaczalnym. W końcu,  kiedy już mu pomoże wykraść potrzebny mu pamiętnik z Białego Domu,  mogłaby trochę przy nim zostać, prawda?
Dawno nie miał już takiej dziewczyny, z którą, oprócz tego, że pociagała go w kwestii fizycznej, mógł szczerze pogadać. A Elena nie dość, że była piękną kobietą, to w dodatku inteligentną.
Żałował, że widziała, jak bił tego kolesia w parku. Nie zauważył jej dostatecznie wcześnie. Chciał, żeby choć jedna osoba na tym świecie mogła zacząć znajomość z nim od zera. Bez przeszłości. Bez jego ciemnej strony.
Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni i zorientował się, że jest ona pusta. Nawet nie zauważył, kiedy wypalił ostatniego.
Wyrzucił pudełko ze złością i słuchał jak z cichym stukaniem obija się o dach.
Potem zszedł na dół schodami przeciwpożarowymi i udał się do centrum miasta. Włóczył się tak aż do piątej, nie czując zmęczenia.
Nie chciał wracać z dwóch powodów,  które w zasadzie sprowadzały się do jednej sprawy. Stefan wziął sobie na noc dziewczynę ich dłużnika, tego typa, którego spotkali razem w parku. Po prostu spakował ją na motocykl i odjechał z nią do domu. Uwielbiał wywijać kolesiom nie płacącym w porę za towar podobne numery. Damona nie cieszyły takie rzeczy. Jeśli chodziło o seks, wolał, aby był wynikiem wzajemnego pożądania, a nie strachu. Zdecydowanie bardziej wolał komuś rozkwasić nos, zamiast porywać jego dziewczynę.
Wracając do tematu, chciał po prostu spokojnie pomyśleć i ułożyć sobie w głowie plan, który przyszedł mu na myśl,  kiedy Elena wyznała,  że Jenna Sommers jest jej ciotką. Rozważył wszystkie "za" i "przeciw" , co nie udałoby mu się w akompaniamencie krzyków dobiegających z pokoju młodszego brata.
Tak, Elena zdecydowanie mogła mu pomóc. Tylko najpierw musiał trochę się postarać.
- Witam zbłąkańca - przywitał go Stefan, kiedy tylko Damon zamknął drzwi.
- Zamknij się -mruknął. Naprawdę nie miał ochoty na rozmowę z irytującym braciszkiem.
Stefan zmienił się od wydarzeń poprzedniego lata, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zmężniał. Przybyło mu mięśni, bo był tak zdesperowany, żeby zagłuszyć ból po stracie rodziców, że zaczął trenować boks. Ale potem,  kiedy minęły pierwsze żale, zrobił się opryskliwy i brutalny. Stał się... Damonem. Tylko szkoda, że jeden już w zupełności wystarczał.
- Gdzie byłeś? - spytał wyraźnie zadowolony Stefan, nalewając whisky do dwóch szklanek.
- W przeciwieństwie do ciebie, nie traciłem czasu na przyjemności - odparł ze sztucznym uśmiechem, biorąc od brata alkohol. - Już wiem, jak wykraść pamiętnik pradziadka.
Stefan tylko popatrzył na niego, szeroko otwierając zielone oczy. Równocześnie się uśmiechnęli.

###

- Witaj, shawty.
Elena wzdrygnęła się, kiedy poczuła obejmujące ją od tyłu dłonie, kiedy wyciągała z szafy piżamę.
Zbliżała się jedenasta w nocy i nie spodziewała się, że o tej porze Damonowi będzie się chciało jeszcze przychodzić. Szczerze, sądziła, że w ogóle nie przyjdzie.
- Przestań mnie tak nachodzić, to przerażające! - powiedziała, wracając do grzebania w szafie. Przez cały ten dzień sprzątała i układała na półkach swoje rzeczy, ale i tak czuła się tak, jakby była na wakacjach, a nie w swoim nowym domu.
- Przepraszam - odparł, ale nie puścił jej. Za to poczuła, że przesunął swoją twarz do jej szyi. - Pewnie sądziłaś, że się nie zjawię?
- Tak - odparła szczerze. - Nie sądziłam, że będziesz o mnie pamiętał.
- Nie wygłupiaj się - powiedział i odsunąwszy się, ułożył się na jej łóżku,  z rękami pod głową. - Miałem ci pomóc. Zawsze dotrzymuję słowa.
- Cóż, nie znam cię - odparła spokojnie,  odwracając się przodem do chłopaka leżącego na jej łóżku. - Nie wiem, czy mogę na tobie polegać.
- Teraz już wiesz - uśmiechnął się do niej promiennie, w reakcji czego Elena lekko zadrżała. Miał naprawdę cudowny uśmiech. - Co dziś robiłaś? - spytał.
- Rozpakowałam swoje rzeczy - odparła wskazując ręką na szafę, biurko i toaletkę. Wszystkie meble utrzymane były w kolorze bieli, ładnie współgrając z różowymi ścianami i zielonymi zasłonami.
- A twoja ciotka... rozmawiałaś z nią o tym, co zrobiłaś w piątek na imprezie? - spytał Damon, siadając na łóżku i ściągając kurtkę.
Elena zagapiła się chwilę na chłopaka, podziwiając jego mięśnie odsłonięte przez czarny podkoszulek z krótkim rękawem, ale dość szybko się opamiętała. Wypuściła powietrze z ust i spojrzała na biurko, byle tylko odwrócić wzrok. Przy Damonie często wstrzymała oddech. Coś w jego sposobie bycia sprawiało, że przerywała tą podstawową czynność życiową, by zachłysnąć się... nim. Tak właśnie działał na nią ten facet. A najgorsze, że nie umiała tego powstrzymać.
- Nie - odparła chłodno. - Była dzisiaj zbyt zajęta.
- Nie chcę się wtrącać, ale twoja ciotka jest okropna i nieodpowiedzialna - stwierdził radosnym tonem, kładąc skórzaną kurtkę na czarnym fotelu obrotowym.
- Albo zapracowana?  - podsunęła Elena, siadając na łóżku obok Damona.
- Nie usprawiedliwiaj jej - powiedział karcąco, mrużąc jasnoniebieskie oczy. - Rodzina...
Ewidentnie chciał coś powiedzieć, ale urwał w połowie zdania. Elena czekała jeszcze przez chwilę, ale czarnowłosy spoważniał nagle i zacisnął usta w wąską linię.
Wtedy odezwał się telefon Eleny. Oboje skierowali wzrok w stronę biurka, a po chwili Damon szturchnął dziewczynę, by odebrała.
- To pewnie ważne - powiedział cicho, lecz zgryźliwie. Nastrój zmienił mu się momentalnie.
Elena usłuchała i odebrała połączenie od Bonnie, z którą nie rozmawiała tak naprawdę od piątkowego wieczoru.
- Cześć - usłyszała po drugiej stronie linii niepewny głos przyjaciółki.
- Hej - odparła cicho. Tylko tyle zdołała wykrztusić. Było jej okropnie wstyd za to,  jak potraktowała Bonnie. To, że była pijana jej nie usprawiedliwiało i zdawała sobie z tego sprawę. Mimo wszystko jednak nie wiedziała, od czego zacząć.
- Słyszałam co się stało w piątek. Dlaczego nie zadzwoniłaś? Wiedziałaś, że wybieram się do babci - powiedziała Bonnie z wyrzutem.  - Nawet nie wiesz, co się ze mną działo, kiedy Caroline mi o wszystkim opowiedziała...
- Przepraszam Bonnie - Elena poczuła, że łzy napływają jej do oczu. - To było takie nieodpowiedzialne. Jest mi wstyd. Obiecuję, że od teraz będę cię słuchać!
- Dlaczego sama nie zadzwoniłaś? - spytała Bonnie. Ona również nie mogła zapanować nad emocjami, co było słychać.
- Bo myślałam że jesteś na mnie zła - odparła Elena zgodnie z prawdą.
- Nigdy tak nie mów! - zawołała jej przyjaciółka. - Kocham cię jak siostrę.
- Ja ciebie też - odparła, wycierając łzy płynące po policzkach. - Zadzwonię jutro, dobrze? - spytała, przypominając sobie o Damonie. Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, rozłączyła się i jeszcze raz wytarła twarz z łez. Z uczuciem ulgi wypuściła głośno powietrze z płuc i spojrzała na Damona, który przypatrywał się jej z zainteresowaniem.
- Przyjaciółka odzyskana - stwierdził.
Przytaknęła z uśmiechem.
- Trzeba to uczcić - odwzajemnił uśmiech. Na te słowa Elena tylko szerzej otworzyła brązowe oczy.
- O nie - zaprzeczyła gwałtownie. - Ostatnim razem, kiedy dobrze się bawiłam, niemal skończyło się to tragedią.
- To nie była dobra zabawa, tylko utapienie smutków w whisky - poprawił ją. - Tak się nie rozluźnia.
- Nie chciałam się wtedy rozluźnić - powiedziała. - Pragnęłam zapomnieć.
- Niepotrzebnie - wymruczał pod nosem, ale usłyszała to.
- O co ci chodzi? - spytała prosto z mostu.
- Tęsknisz za rodzicami, ale to przecież cholernie głupie - powiedział, patrząc jej w oczy i śmiejąc się bezczelnie. Elena stanęła jak wryta zaskoczona bezpośredniością jego słów.
- Przecież ty... też nie masz rodziców. Jak możesz tak mówić!? - zawołała,  zdenerwowana. Łzy znów nabiegły jej do oczu. Nienawidziła u siebie tej wrażliwości.
- Nie ma ich, kochanie. Dlaczego miałbym się nimi przejmować? - Jego głos podnosił się ze słowa na słowo. - Pozwól, żebym wreszcie zaczął ci pomagać. Faza pierwsza: zapomnieć.
Elena nawet nie zorientowała się, kiedy Damon stał zaraz przed nią i patrzył na nią ostro. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko, gdyż oddychał płytko i niespokojnie.
Nie mogła zapanować nad łzami. Rany po śmierci rodziców były dla niej jeszcze za świeże. Kochała ich. Obiecała sobie,  że nigdy o nich nie zapomni. Nie mogła tak po prostu pogrzebać ich w swojej głowie.  To oznaczałoby pożegnanie się  z nimi na zawsze, a na to zdecydowanie nie była gotowa.
- Co ty wiesz o kochaniu? - szepnęła, ocierając łzy już chyba dziesiąty raz w ciągu tej godziny.
- Że co? - warknął, zbliżając swoją twarz do niej.
- Nie kochałeś rodziców, więc jak możesz kazać mi zapomnieć o moich? - spytała z wyrzutem. - Chcesz pomóc i doceniam to,  ale nie zapomnę o nich. Nigdy. Najwyraźniej nie rozumiesz, co to znaczy.
Oczy Damona podwoiły rozmiary i otworzył usta, ale szybko zamknął je i mocno zacisnął. Zauważyła, że żyłka na jego skroni niebezpiecznie pulsuje.
- Ty nic nie wiesz o mojej rodzinie - powiedział wściekły. Przełknęła ślinę, ale nie ustąpiła.
- A ty o mojej - odparła.
- Zapomnienie zawsze działa - wrócił do głównego tematu. Był niesamowicie uparty.
- Tylko w wypadku tchórza,  który boi zmierzyć się z rzeczywistością - naprawdę nie wiedziała, skąd wzięła się u niej nagle taka odwaga.
- Odszczekaj to, mała... - syknął,  chwytając ją za podbródek.
- A jeśli nie, to co? Uderzysz mnie? - spytała, uśmiechając się przez łzy. - Chciałabym wiedzieć, dlaczego tak strasznie nienawidzisz swoich rodziców. Co to za sekret, Damonie? Może będę mogła ci pomóc - dodała cicho.
Poczuła, że rozluźnia uścisk. Cały czas patrzył jej w oczy. Najpierw widziała w nich złość. A teraz gniew ten zmienił się w poczucie winy.
- To ja miałem pomóc tobie żyć dalej własnym życiem - powiedział, pocierając kciukiem jej policzek. - Musisz zrozumieć, że zapomnienie o przeszłości to pierwszy i najważniejszy punkt.
- Nie - zaprzeczyła. - Możemy zaakceptować, to, co się stało. Ale nigdy nie zapomnimy. To nadal cześć nas samych. Zapominając o przeszłości tracimy cząstkę siebie - dodała uspokajającym tonem. Naprawdę chciała zrobić coś dobrego dla tego chłopaka. Czuła, że skrywa on jakąś mroczną tajemnicę i nie może sobie z nią poradzić. - Co się stało, że tak bardzo nienawidzisz swoich rodziców, Damonie?
- Przestań - syknął. - To nie twoja sprawa.
- Jeśli mamy sobie pomagać...
- Powiedziałem: nie! - krzyknął, popychając Elenę tak, że spadła na łóżko.
Sam,  zapominając kurtki, wyskoczył przez okno.

###

Mamo.
Starałem się. Naprawdę chciałem, żeby wszystko było idealnie. Miałem poznać się z nią lepiej, kochać ją, traktować najlepiej jak potrafię. Ale muszę ją wykorzystać. Przez znajomość z Eleną spełnię Twoją ostatnią wolę: przeczytam w końcu pamiętnik pradziadka. Dzięki jej ciotce dostanę go bez problemu, wyniosę go z tej białej budy. 
Ale oczywiście musiałem namieszać. Nie umiem rozmawiać o śmierci. Och, wiem, że się śmiejesz. Ja, morderca, nie umiem rozmawiać o swoich nieżyjących rodzicach. To chore. Czyny przychodzą zadziwiająco łatwo, ale później sumienie i tak się odezwie. 
Potrzebuję teraz kogoś w swoim życiu, z kim mógłbym szczerze porozmawiać. Nie ufam Stefanowi, boję się, że przestraszę Elenę swoją przeszłością, a Ty nie żyjesz.  To cholernie niesprawiedliwe. 
Próbowałem zapomnieć o tym, co zrobiłem. Chciałem odciąć się od przeszłości. Ale ona mi nie pozwala. Elena uświadamia mi, że najważniejsza sprawa to rodzina. Że przeszłość to część teraźniejszości. I jestem nieźle wkurzony, bo nie chciałem przyznać jej dzisiaj racji.
Ale ona mnie nie zna. Nie rozumie, dlaczego nie chcę pamiętać ojca. I Ciebie też, choć głupio mi to przyznać. Tak. Ja nie chcę Cię już pamiętać. Dlatego to mój ostatni list. 
Jak zwykle schowam go pod płytę nagrobka dziś w nocy, ale tym razem już więcej nie przyjdę. Nie przyniosę ci kwiatów. Nie zapalę świecy. Nie wrócę, dopóki nie odzyskam pamiętnika. 
Nie wrócę, póki Elena nie będzie moja. 


Ten starszy i lepszy z Twoich synów, 
                                                D. S.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział IV

Drogi Pamiętniku!
Czasem przychodzi taka chwila, kiedy czuję się zupełnie nie na miejscu. Jestem cały czas w domu, ale jednak mam wrażenie, jakbym dryfowała gdzieś w przestrzeni, daleko od Mystic Falls. Daleko od samej siebie.
Jestem wtedy rozdarta: jedna część mnie,  ta, która łaknie przygód, mówi: "Chodźmy się zabawić! Przecież nic innego nie pozostało! Żyj chwilą, nic nie trwa wiecznie! ". Zaś druga nieśmiało podszeptuje: "Daj spokój. Wiesz, co było ostatnio. "
A najgorsze jest to, że sama nie wiem,  której części siebie posłuchać.
Wczoraj wieczorem poznałam pewnego faceta o imieniu Damon. Okazało się,  że w piątkowy wieczór to on uratował mi życie. Wydawał się miłym człowiekiem, dopóki nie dowiedziałam się,  że nie należy do rozaju tych uprzejmych ludzi,  którzy zapraszają cię co sobotę na kawę.
Jego brat jest gwałcicielem, a on?  Próbował namówić mnie na "wycieczkę" jego motocyklem. Oczywiście wiem, jak by  się to wszystko skończyło. Dlatego odmówiłam. Zresztą właśnie jadę z ciocią Jenną do Waszyngtonu. Zaniepokoiła się moją wizytą w szpitalu, tak przynajmniej twierdzi. Będę u niej teraz mieszkać. Zresztą, wszystko jedno, gdzie moje biedne ciało znajdzie swoje miejsce. Moje serce na zawsze pozostanie bez domu.
                     
   
###


Elena rozpakowała swoje rzeczy, jednak tylko te najpotrzebniejsze. Ubrania, książki i różne drobiazgi pozostawiła w pudłach stojących na środku pokoju. Nie miała ochoty na porządki. Wolała położyć się na twardym łóżku ułożonym pod dużym świetlikiem w dachu, przez który widać było tylko bure chmury.
Wiedziała, jak teraz będzie wyglądało jej życie. Jenna, pracując w Białym Domu jako asystentka, nie będzie miała czasu nawet na porozmawianie z Eleną o piątkowym wypadku. Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę,  że ciotka nie kierowała się sumieniem czy dobrą wolą, biorąc ją pod swój dach. Po prostu, jako najbliższa krewna, dostała telefon ze szpitala. A szanowana w Waszyngtonie kobieta, sekretarka w Białym Domu, nie mogła odmówić pomocy swojej bratanicy.
A Elena, jak gdyby była potulnym barankiem, dała się zaprowadzić na rzeź.
Właściwie, to chyba był pretekst,  żeby nie pojechać z Damonem. Tak, raczej tak. Nie chciała jechać do ciotki, ale jeszcze bardziej bała się, że Damon może tak po prostu przymusić ją do tej jego cholernej wycieczki na motorze. Na szczęście odpuścił.
Z takimi kolesiami jak on lepiej nie utrzymywać bliższych stosunków.
Wstała, rozglądnęła się jeszcze raz po prawie pustym jasnoróżowym przestronnym pokoju i wyszła na korytarz.
- Dzień dobry - usłyszała zza swoich pleców męski głos, kiedy schodziła po zimnych, marmurowych schodach. Zamarła,  ściskając mocniej poręcz. Odwróciła się powoli i zauważyła mężczyznę około trzydziestki ubranego w dżinsy i czarny podkoszulek. - Elena?
- Tak - odparła zmieszana, gapiąc się na bruneta.
- Jestem George - przedstawił się, podchodząc i podając jej rękę. - Zostałem ci przydzielony jako osobisty ochroniarz.
Super. Jeszcze tego brakowało.

###

Elena ustaliła z Georgem zasady "chronienia" jej przed, jak to określił,  destrukcyjną działalnością społeczeństwa i mediów. No tak, przecież nie mogła zbeszcześcić dobrego nazwiska Jenny jakimś wybrykiem,  który mogliby uwiecznić reporterzy. Zgodziła się,  żeby towarzyszył jej przy wyjściu na zewnątrz,  ale miał trzymać się w określonej odległości. Przynajmniej nie musiała z nim rozmawiać.
Od samego rana ciemne chmury zapowiadały,  że można spodziewać się deszczu. Ulice Waszyngtonu pustoszały z minuty na minutę, z każdym mocniejszym powiewem wiatru. Zbliżała się pora lunchu.
Elena włóczyła się po mieście bez celu, chcąc po prostu poznać okolice mieszkania. Skręcała raz w prawo, raz w lewo,  mając nadzieję, że George się nie zgubi.
Właściwie miała już poprosić przydzielonego jej do ochrony faceta o zaprowadzenie ją do domu, kiedy w pobliskim parku zobaczyła coś,  co przykuło jej uwagę.
Na wąskiej ścieżce obok jeziorka stały dwa motocykle. A obok nich zauważyła trójkę mężczyzn i szczupłą blondynkę. Wśród tych ludzi rozpoznała Damona.
Wiedziała, że jej nie zauważył. Nawet nie spojrzał w jej kierunku, gdyż zajęty był rozmową z innym facetem. Cóż, poprawka. Damon mówił, a tamten słuchał z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Po sekundzie blondynka krzyknęła przerażona. Elena zorientowała się, że Damon przydusza jedną ręką biednego faceta, a potem ciska nim o ziemię.
Wiedziała, że powinna zainterweniować, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Po prostu stchórzyła.
Zauważyła, że Damon kopnął faceta w czułe miejsce, a blondynka próbuje zasłonić chłopaka własnym ciałem.  Towarzysz Damona jednak przyłączył się i odciągnął dziewczynę, którą siłą posadził na jedną z pięknych maszyn. A potem odjechali razem. Nie chciała wiedzieć, po co. Wolała nie truć sobie głowy.
Nie słyszała, co takiego Damon mówi do faceta leżącego cały czas na ziemi. Ale zdecydowanie nie były to życzenia urodzinowe.
Damon kopnął mężczyznę jeszcze raz, w twarz i Elena skrzywiła się z obrzydzenia. To nie był zbyt przyjemny widok. Ale kiedy chciała już się stamtąd oddalić, nagle poczuła się jeszcze gorzej.
Zorientowała się, że Damon gapi się na nią swoimi lodowymi oczami zamrażającymi jej duszę.
Do końca dnia nie wiedziała, czego tak naprawdę się przestraszyła. Ale uciekła. I miała nadzieję, że George niczego nie widział. Coś podpowiadało jej, że nie powinna zgłaszać zaistniałego incydentu na komisariat. Możliwe,  że byłaby martwa do zachodu słońca.
Jedyna myśl,  która ją prześladowała, to jakim cudem tak nieprzyzwoicie seksowny i przystojny facet mógł być takim psycholem.

###

Wieczorem, kiedy Elena szykowała się do snu, ktoś zapukał do drzwi łazienki. Głuchy dźwięk rozniósł się po pomieszczeniu, lekko denerwując dziewczynę.
- Chwila, ciociu, zaraz do ciebie wyjdę - zawołała, rozpuszczając brązowe włosy.
Uchyliła drzwi, ale nawet nie zdążyła podnieść wzroku, kiedy została odepchnięta w tył przez silne ręce.
Osunęła się na toaletkę, a gdy zauważyła kogo ma przed sobą, zamarła.
Damon stał w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Ubrany był tak jak wcześniej w parku, w skórzaną kurtkę, biały podkoszulek, obcisłe czarne jeansy i miękkie buty za kostkę. Patrzył na nią z dziwnym blaskiem w niesamowicie niebieskich oczach.
- Co ty tu robisz?! - spytała w końcu,  kiedy już ochłonęła z szoku.
- Widziałem cię w parku - powiedział, zamykając drzwi. - Pomyślałem, że się przywitam. Chciałem to zrobić wcześniej, ale uciekłaś - zaśmiał się. - Dlaczego?
- A jak myślisz? - syknęła, prostując się.
Damon patrzył na nią jak na wariatkę.
- Serio? Przestraszyłaś się,  bo trzepnąłem tamtego gnojka w czuły punkt? - spytał zdziwiony. - Plus za odwagę.
- Dla mnie nie jest to zabawne. I jakim prawem jesteś w mojej łazience? - spytała zdenerwowana.
Damon westchnął i nonszalancko oparł się o drzwi plecami. Elena przełknęła głośno ślinę, kiedy bez jakiegokolwiek zażenowania skanował ją wzrokiem.
- Jakim prawem mnie okłamałaś?  - odbił piłeczkę, mrużąc oczy.
- Niby kiedy? - zdziwiła się, marszcząc brwi.
- W Mystic Falls. Powiedziałaś, że przeprowadzasz się do ciotki - powiedział spokojnie. - Tymczasem jesteś w domu wynajmowanym turystom z Europy,  którzy chcą zwiedzać Stany.
Serio?  Nawet o tym nie wiedziała. Myślała, że jest w domu ciotki, a tymczasem ona ulokowała ją w jakimś pensjonacie? Nie ma to jak kochająca rodzina.
- Nie okłamałam cię - odparła. - Ja nawet nie wiedziałam, że jestem w jakimś pieprzonym internacie!  To nie jest dom?- spytała zdziwiona.
- Zabawna jesteś - uśmiechnął się nieznacznie, lecz po chwili spoważniał. - Ale ja nie jestem w nastroju do żartów. Za mną ciężki dzień, Eleno. Więc bez wykrętów - zagroził.
W jego oczach było coś takiego, co kazało jej się poddać bez jakiegokolwiek sprzeciwu. Po prostu stał tam, swobodnie oparty o drzwi, mrużąc oczy i wyglądając po prostu jednocześnie strasznie i seksownie.
- Kiedy ja nie kłamię - wydusiła. - Jenna Sommers jest moją ciocią.
Damon zmarszczył brwi, patrząc na nią uważnie, jakby była wariatką. Po chwili chyba zrozumiał, że mówi prawdę,  bo tylko otworzył szerzej oczy i wyprostował się.
- Pieprzysz - mruknął. - Twoja ciotka jest asystentką prezydenta? To ta Jenna Sommers?
Nie wiedziała, co ma sądzić o tym nagłym zainteresowaniu ze strony Damona, ale nieśmiało przytaknęła.
- Wow, shawty - cmoknął. - Już rozumiem dlaczego wołałaś mieszkać z nią niż z rodzicami - powiedział, rozglądając się po łazience.
W pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza, gdyż Elena spuściła głowę i usiadła na toaletce.
- Nie jesteś głupia - ciągnął Damon,  wkładając ręce do kieszeni kurtki. - Musi mieć kupę forsy... - wtedy popatrzył na Elenę.  - Hej. Odezwij się.
Podniosła głowę i nieśmiało popatrzyła na chłopaka. Ten posłał jej pytające spojrzenie.
- Jestem sierotą - wyznała.
Damon zareagował zupełnie inaczej, niż się spodziewała. Po prostu wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Witaj w klubie, mała - mruknął.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Elena oglądała swoje paznokcie, bojąc się wyprosić Damona z domu. Bądź co bądź pamiętała, jak urządził on tego chłopaka w parku. Nie chciała skończyć podobnie. No bo co, jeśli ma on problemy z opanowaniem złości? Wolała nie ryzykować.
- Opowiedz mi o nich - powiedział, lecz było w tym więcej rozkazu niż zachęty.
- Zginęli w wypadku samochodowym parę miesięcy temu - wyznała. - Wpadliśmy do rzeki.
- Przeżyłaś - to było stwierdzenie. Zauważyła, że Damon uważnie się jej przygląda. Trochę wytrącało ją to z równowagi,  więc starała się go ignorować.
- Uratowano mnie - wyjaśniła cicho. - A twoi rodzice, jeśli już o tym rozmawiamy?
Damon wydawał się być przez chwilę skołowany, jakby nie wiedział,  co powiedzieć.
- Umarli - powiedział w końcu niechętnie.
- W wypadku? - spytała,  podnosząc na niego wzrok. Kiedy widziała go w takim zakłopotaniu, zapomniała na chwilę,  z kim naprawdę rozmawia. To nie był Damon sprzed kilku godzin, kopiący brutalnie niewinnego mężczyznę. Nie chłopak palący papierosa za papierosem. Po prostu zagubiony facet, który przyszedł się z nią przywitać i zapytać, dlaczego go okłamała, choć wcale tego nie zrobiła.
- Tak - odparł lakonicznie. - To był wypadek.
Miała dziwne wrażenie, że nie mówi jej wszystkiego. Że coś dusi w sobie, ale boi się o tym powiedzieć.
Zauważyła, że wyciąga z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapalniczkę.
- Nie tutaj - zaprotestowała, wstając z miejsca. - Nie chcę, żeby ciotka myślała, że palę.
Damon nie posłuchał jej, tylko lekko drżącą ręką przytknął ogień do fajki umieszczonej w ustach.
- Damon do cholery! - mruknęła. - Co ty tu w ogóle robisz?
Wypuścił dym wprost na jej twarz i uśmiechnął się lekko. Zakasłała,  odsuwając się do tyłu, a potem pobiegła do okna i otworzyła je na oścież. Powietrze o tej porze było naprawdę chłodne, zwłaszcza w porównaniu z duchotą panującą w łazience.
- Pomyślałem sobie - powiedział - że skoro uratowałem ci życie, to szkoda by było to zmarnować i dać ci sobie tak po prostu odejść.
- Super - mruknęła pod nosem, patrząc w ciemnogranatowe niebo. Uwielbiała patrzeć w gwiazdy. Zawsze wydawało jej się, że jest przy nich bardzo malutka. Jednocześnie zapomniała o problemach,  bo przecież przy ogromie przyrody wydawały się być niewielkie. Gwiazdy zawsze zdawały się mówić prawdę. Były jak stare wyrocznie znające przyszłość, mądre, bo istniejące od miliardów lat. Szkoda tylko, że kiedy odchodziła od okna,  rzeczywistość powracała ze zdwojoną siłą uderzenia.
- Mogę ci pomóc - powiedział. - Oderwać się od rzeczywistości. Od przeszłości.
- Niby dlaczego miałbyś mi pomagać? - spytała, wychylając się przez okno, żeby jeszcze bardziej odciąć się od dymu, który wypełniał łazienkę.
- Bo myślę, że jesteś tego warta - odparł. - Spójrz na mnie.
Odwróciła się powoli i stanęła z Damonem twarzą w twarz. Przez te chwilę zdążyła zapomnieć, jaki był przystojny. A teraz dodatkowo chwycił jej podbródek w dwa palce i zmusił, by popatrzyła mu w oczy.
- Nie możesz być wiecznie nieszczęśliwa. Skoro uratowałem ci życie,  szkoda by było je zmarnować - powiedział dziwnie kojącym tonem.
- Powtarzasz się - stwierdziła z lekkim uśmieszkiem.
- Widzisz? Już lepiej - zauważył. - Jutro też cię odwiedzę. I pojutrze. Jeśli będzie trzeba,  to będę przychodził do końca moich dni, ale nie pozwolę ci zmarnować życia, które ci dałem.
Elena spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale w końcu przytaknęła. Zdecydowanie dobrze czuła się w jego towarzystwie. Może rzeczywiście powinna iść dalej ze swoim życiem?
- Dziękuję - uśmiechnęła się.
Damon tylko pogłaskał ją po policzku i ominąwszy Elenę, wszedł na parapet i zaskoczył na trawnik. Wysokość nie była duża, ale Elena i tak sprawdziła, czy nic mu się nie stało, wyglądając za okno. Ale kiedy spojrzała w dół, nikogo tam nie było.
Pozostał po nim tylko ostry zapach papierosów.

###

Drogi Pamiętniku!
Wiem, że dziś już pisałam. Ale muszę dodać jeszcze jedno zdanie: Nikt nie jest tym, kim się wydaje. Nikt.



niedziela, 23 marca 2014

Rozdział III

Eleno Gilbert, powtarzała sobie cały czas,  szukając na parkingu motocykla,  który mógłby należeć do Damona. Eleno Gilbert,  jesteś idiotką.
Czy naprawdę informacja, dlaczego uratował jej życie po ostatniej imprezie, była aż taka ważna? Czy naprawdę nie mogła się bez tego obejść?
Nie, nie mogła,  i to był właśnie problem. Było już ciemno,  zbliżała się dziewiętnasta. A Damona i jego pieprzonego motoru nigdzie nie było.
- Zmieniłaś zdanie? - usłyszała gdzieś zza siebie. Mimowolnie się wzdrygnęła. - Przecież mnie szukasz. Dlaczego się przestraszyłaś?
Kpił z niej. Nie widziała go, ale słyszała, że się uśmiecha.
- Chcę wiedzieć,  dlaczego mi pomogłeś po ostatniej imprezie - powiedziała,  odwracając się do niego. Zauważyła, że trzyma pomiędzy dwoma palcami prawej ręki ćmiącego się papierosa, a z ust wydostaje mu się kłąb dymu. Oczy niebezpiecznie zalśniły mu w niezbyt mocnym świetle wydobywającym się z oddalonego o parenaście metrów baru.
- Muszę mieć jakiś szczególny powód?  - zapytał,  mrużąc oczy w udawanym zdziwieniu.
- Wiem o tobie dość dużo, aby domyślać się,  że nie zrobiłeś tego z nacisku sumienia - odparła, zaplatając ręce na piersiach.
- Znasz moje imię i wiesz, że jeżdżę motocyklem - powiedział i włożył papieros do ust, jednocześnie przybliżając się do Eleny. - Rzeczywiście dużo wiesz, skarbie.
- Po prostu mi powiedz, a sobie pójdę - stwierdziła Elena hardo. W tamtej chwili czuła się naprawdę silna i gotowa na wszystko. Nie bała się stać twarzą w twarz z przestępcą.
- Ale może ja nie chcę, żebyś sobie poszła? - zasugerował z lekkim uśmieszkiem na ustach, wypuszczając jednocześnie kłąb dymu prosto na jej twarz. Nie zdawała sobie sprawy,  że zdołał podejść tak blisko. Z tej odległości doskonale widziała jego oczy: zimne i przeszywające ją jakimś dziwnym prądem, który wysyłał informacje do jej mózgu - uciekaj!  Ale nie zrobiła tego.
- Nie obchodzi mnie, czego chcesz.  W każdej chwili mogę zawołać przyjaciela i nie skończy się to dla ciebie dobrze - odparła,  cofając się o jeden malutki kroczek.
- Myślisz,  że ja jestem sam? - zaśmiał się i zanim zdążyła zareagować, chwycił ją za ramię. Był piekielnie szybki. Zupełnie tak, jakby właśnie spotkała się twarzą w twarz z synem diabła i włoskiej modelki.
Elena przełknęła gulę w gardę,  starając się nie okazywać strachu. Wiedziała,  że to by ją zgubiło.
- Przyjechałem z bratem. Uwierz,  nie chcesz go poznać - dodał, nadal trzymając ją za ramię.
Elena uniosła brwi w zdziwieniu.
- Który z was... - To jedno słowo nie chciało jej przejść przez gardło. Nie potrafiła powiedzieć jednego słowa, nie potrafiła wymówić imienia tej dziewczyny.
- Nie musisz tego wiedzieć - zaśmiał się,  jakby rzuciła jakimś żartem. - To bardzo intymna sprawa.
- To okropna sprawa - sprostowała. Dłoń Damona mocniej zacisnęła się na jej ramieniu, jeszcze trochę i zaczełaby krzyczeć.
- Sama się pchała. Jakże by nie wykorzystać okazji?
Nie wiedziała,  czy to jakaś aluzja,  czy mówi o dziewczynie,  którą zgwałcił on albo jego brat, ale twarz Damona zaczęła zbliżać się coraz bardziej i bardziej...
Lewą ręką mocno uderzyła go w policzek, aż ją zabolało. Skorzystała z chwili, kiedy jeszcze nie bardzo wiedział,  co się dzieje i odskoczyła jak najdalej można.
- Co ty sobie wyobrażasz! - krzyknęła zdenerwowana. A potem poczuła, że ktoś przytrzymuje ją od tyłu.
- Spokojnie - usłyszała głos Klausa i odetchnęła, słysząc znajomy akcent.
Damon odwrócił się w ich stronę. Musiał być okropnie wściekły,  ale nie okazywał tego. Zdradzały go jedynie oczy, rozpalone piekielnym blaskiem. A może to po prostu światło padało pod takim kątem?
- Klaus, przyjacielu - powiedział Damon z firmowym uśmiechem na ustach. - Jak miło znów cię widzieć.
- Zjeżdżaj stąd, Salvatore. Jak najszybciej - zagroził. Elena poruszyła się, chcąc wyrwać się z uścisku przyjaciela, ale Klaus był zbyt silny.
- Jednak nie miło - rzucił Damon, momentalnie poważniejąc. - Nie mów mi, proszę,  co mam robić, a czego nie. Bo nie będzie zbyt ciekawie dla ciebie. Tym razem mój brat nie odpuści, a ja nie mam zamiaru ratować znowu twojej dupy.
Elena kompletnie nic nie rozumiała z tej wypowiedzi, ale pragneła po prostu jak najszybciej znaleźć się w domu. W strachu zapomniała nawet o powodzie spotkania z Damonem.
- Po prostu odwal się od Eleny - syknął Klaus, gromiąc bruneta spojrzeniem.
- Sama do mnie przyszła - odparł Damon,  wzruszając ramionami. - One zawsze same się zjawiają, nie pamiętasz?
Choć było ciemno, dałaby głowę, że widziała uśmiech na jego twarzy. W co on pogrywał?! Co miał z tym wspólnego Klaus? Dlaczego mówił tak, jakby kiedyś razem przeżywali niezapomniane przygody?
Klaus nigdy nie wspominał o swojej przeszłości. Był zaledwie dwudziestopięcioletnim mężczyzna, zawsze powtarzał, że najlepsze dopiero przed nim. Elena wiedziała,  że miał piątkę rodzeństwa, w tym jeden z jego braci umarł zaraz po urodzeniu. Jego rodzice byli rozwiedzeni, ich małżeństwo rozpadło się,  kiedy pan Mikaelson dowiedział się,  iż Klaus nie jest jego synem. To było jakieś dziesięć lat temu. Od tamtej pory matka podupadła na zdrowiu i umarła parę miesięcy później. Późniejszej historii Klaus nie opowiadał. Co się więc z nim działo?
- Przyszłaś? - spytał Brytyjczyk, niedowierzając.
- Tak, ale... - wydusiła Elena z trudem,  lecz Damon jej przerwał.
- Luz, stary. Trzymam braciszka z daleka. Jutro wyjeżdżamy i już nas nigdy nie zobaczysz. Mamy wielkie plany - powiedział z dumą w głosie,  wyjmując z kieszeni kurtki kluczyki. A potem pomachał nimi w powietrzu, patrząc w oczy Elenie.
- Przyłączysz się? - spytał.
- Damon...
- Koleś, weź się przymknij. Obiecuję,  że odstawię ją bezpiecznie pod same drzwi. Chyba nie chcesz, żeby szła sama i spotkała się przez przypadek z moim bratem wracającym z wieczornej przejażdżki? - rzucił, mrużąc oczy.
Ten jego brat rzeczywiście był skurczybykiem, skoro Klaus, najwyraźniej przekonany, puścił ją i poklepał zachęcająco po plecach.
- Eleno, odwiózłbym cię, ale nie zdążyłem dziś zatankować... Przepraszam. Ale Damon dotrzyma słowa, nie masz powodu do obaw. Z dwojga złego lepiej w jego stronę, serio - powiedział i uśmiechnął się zachęcająco.
Dlaczego on mu tak ufał? To musiało mieć jakieś podłoże, a ona musiała dowiedzieć się,  jakie. Zgodziła się na powrót z Damonem z dwóch powodów: obawiała się jego okrytego złą sławą brata, no i chciała się dowiedzieć czegoś o tym piątkowym wieczorze,  kiedy ją uratował.
Nie chcąc go jakkolwiek dotykać, przytrzymywała się swojego oparcia. Uwielbiała jazdę motocyklem, odkąd pamiętała Klaus woził ją ze sobą w różne ciekawe miejsca. Lubiła czuć ten wiatr we włosach i na całym ciele, tą niesamowitą adrenalinę i lekkość, jakiej nigdzie indziej nie doświadczała. Dlatego było jej trochę smutno, kiedy zatrzymali się pod jej domem.
W zasadzie była także trochę zaskoczona, za Damon dotrzymał słowa. Była pewna, że zechce spróbować zawieźć ją do lasu albo po prostu do swojego mieszkania. Spróbować- przecież w takim wypadku zeskoczyłaby z motoru i polegała tylko i wyłącznie na Bogu i własnym szczęściu.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?  - spytała, kiedy dotarła do niej ta myśl.
- Pozwól, że to pozostanie tajemnicą - rzucił zagadkowo.
Jak ty, pomyślała. Wzruszyła jednak tylko ramionami.
- A powiesz mi, dlaczego uratowałeś mnie w piątek? Nie jesteś typem bohatera, nawet mi tego nie wmawiaj - rzuciła, poprawiając sukienkę,  która trochę zmięła się w trakcie przejażdżki.
- Po prostu... Moją rodzinę dotknął kiedyś taki przypadek - westchnął,  jakby wcale nie chciał tego mówić. - Nie chciałem,  żeby ktoś rozpaczał za tobą tak, jak to kiedyś,  dawno temu, robiłem ja. Przez jedną głupotę, wypicie alkoholu po lekach.
- Skąd wiesz, że brałam leki? - zdziwiła się.
- Widziałem twoją kłótnię z przyjaciółką - odparł. - Słyszałem zdanie o proszkach. Tyle. Coś jeszcze? - nagle zmienił mu się humor i zirytował się.
- Niepotrzebnie się trudziłeś. Nie mam nikogo, kto by za mną zapłakał - powiedziała cicho. - Dziękuję za podwiezienie.
Odwróciła się i odeszła w stronę wejścia,  szukając kluczy do domu w małej czarnej torebce. Usłyszała,  że Damon odpala silnik. Z tego co mówił,  było to ich ostatnie spotkanie.  Szkoda,  bo pomyślała,  że może zdołałaby się przebić przez tą maskę twardziela do jego prawdziwego "ja" , które ujawnił na chwilę,  kiedy wyjawiał jej szczegóły piątkowego ratunku. Zresztą, był niezwykle przystojny. Ale czy nie była głupia,  że rozmyślała właśnie o przestępcy jako o kumplu czy nawet chłopaku?
- Elena?
Klucze wypadły jej z ręki, kiedy usłyszała głos Damona zaraz przy swoim uchu. Nie usłyszała jego kroków,  gdyż silnik ciągle pracował.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że ta dziewczyna... To nie moja sprawka.
Odwróciła się do niego i spojrzała mu prosto w oczy.
- Dlaczego mi to mówisz? - zdziwiła się.
Wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni spodni papierosa i bursztynową zapalniczkę.
- Nie lubię pozostawiać po sobie złego wrażenia. Następnym razem, kiedy się spotkamy, nie będziesz przynajmniej uciekać.
Zaśmiał się i chciał przytknąć ogień do papierosa, ale Elena zatrzymała jego rękę.
- Nie będę uciekała przed gwałcicielem, tylko przed smokiem. Przystopuj, Damon.
Uniósł brwi w geście zdziwienia, ale odsunął zapalniczkę.
- Miło było poznać taką śliczną idiotkę - powiedział.
- Nawzajem - odparła, na co tylko się uśmiechnął o pokręcił głową.
- Jeszcze się zrewanżuję. Dasz mi okazję? Zabiorę cię jutro ze sobą na wycieczkę pełną wrażeń - powiedział, mrużąc oczy.
- Przeprowadzam się do ciotki - odparła cicho. - Przykro mi.
- Nie wiesz, co tracisz - wzruszył ramionami i posłał jej zaczepny uśmieszek, a potem odwrócił się i zapalił papierosa, nie zważając na wcześniejsze słowa Eleny. W kazdym calu był tak niesamowicie niezależny.
A potem wsiadł na motocykl i odjechał w noc.

środa, 19 marca 2014

Rozdział II

Elena tylko czekała na to, aż będzie mogła wrócić do domu. Wprawdzie mieszkanie na ulicy Maple było już od miesiąca puste, ale przyzwyczaiła się do samotności. Wolała ją od codziennego zgiełku i rozgardiaszu w szpitalu. Miewała tam momenty, kiedy miała ochotę przyłożyć komuś bez powodu, ale powstrzymywała ją zwykła ludzka słabość. Wkurzajacy doktor, w końcu  po trzech dniach, zgodził się ją wypuścić. Chyba dlatego,  że działała mu na nerwy.
- Jeszcze jeden taki wybryk, a zawiadamiam kogo trzeba - powiedział tym swoim śmiesznym głosikiem, w ogóle nie pasującym do szerokich barów.
Nie musiał tego mówić.  Doskonale zdawała sobie sprawę z faktu,  iż mogła umrzeć. Jeszcze nie była taką idiotką.
Klucz ze zgrzytem przekręcił się w zamku i weszła do swojego domu. Rzuciła czarną torebkę, którą przywiozła jej do szpitala Bonnie, na ziemię. Rozpaliła ogień w staroświeckim kominku w salonie i od razu zrobiło się przytulniej. Usiadła ma kanapie i owinęła się kocem.
Przypomniała sobie, kiedy to, będąc w podobnej pozie, rozmawiała ze swoim bratem, Jeremym. O czym?  O życiu.  Że jest do bani i bez sensu bez rodziców. O Niebie - czy istnieje?
O związkach. Jeremiego kilka godzin wcześniej rzuciła dziewczyna, nie kto inny, jak Bonnie Bennet, przyjaciółka Eleny. A ona była sama. Znowu. Matt rzucił ją, bo się rozpiła i zmieniła,  jak to określił. Następnego dnia Elena znalazła ciało Jeremiego w łazience. To był złoty strzał.
Ogień w kominku zaczął dogasać, ale jej niespecjalnie chciało się ruszyć z miejsca. Tak było jej dobrze - samej,  otulonej szczelnie kocem, na kanapie.
Jakiś głos podszepnął jej, że może zadzwonić do ciotki, do Waszyngtonu. Chociaż Jenna i tak nie miałaby dla niej czasu. Jak zwykle wymigałaby się sprawami biznesowymi. Dlatego znowu zderzyła się brutalną rzeczywistością - została cholernie sama. Sama w tym ogromnym domu.

                         ########

Z lekkiej drzemki wzbudził ją telefon.
- Czego? - rzuciła zaspanym głosem,  gdy zorientowała się, że dzwoni Caroline.
- Elena! Skarbie, jak tam? - zaszczebiotała radośnie dziewczyna po drugiej stronie linii.
- Może być - odparła. Tak naprawdę to było fatalnie, ale w życiu nie powiedziałaby tego Caroline.
- To epicko! Bo zapraszam cię do Grilla!  Teraz - niemal wykrzyczała.
- Nie mogę - odparła stanowczo. Powróciło wspomnienie ciemnej ścieżki i zwrotów głowy.
- Nikt ci nie każe od razu pić - westchnęła Caro. - No dalej. Będzie Bonnie. I Matt, a nawet Klaus...
Słuchając imion najlepszych kumpli, nieświadomie wstała. Wahała się tylko przez moment. Nikt ci nie każe pić,  Eleno Gilbert. Luz.
- Będę - oznajmiła i się rozłączyła.
"Jeszcze jeden taki numer i..."
Och. Zamknij się.

                          ######

W Grillu tego wieczoru był spory tłumek. Większą część gości stanowili jednak dojrzali mężczyźni.  Była sobota,  jedyny dzień wolny dla ludzi uwięzionych w pracy. A potem tylko niedziela, i znów tygodniowy maraton.
Caro i reszty jeszcze nie było - ich stolik stał pusty,  czekając na paczkę znajomych. Elenie nie usmiechało się siedzieć samej, więc podeszła do baru i usiadła na wysokim krzesełku. Jej czarna rozkloszowana sukienka na ramiączkach ułożyła się tak, że widoczne były jej szczupłe i długie nogi.
- Whisky - powiedziała z przyzwyczajenia, zanim zorientowała się,  co robi.
- Przepraszam - jakiś koleś przychylił się nad ladą i złapał barmana za ramię. - Dla tej pani cola z lodem.
Elena spojrzała na mężczyznę z wyrzutem. Nie patrzył na nią,  ale chyba domyślił się,  jaka jest jej mina, bo uśmiechnął się sam do siebie.
Miał czarne, półdługie włosy, które wyglądały tak, jakby po prostu przeczesał je parę razy palcami. Jego cera była blada, a na brodzie miał lekki zarost. Wyglądał jak jakiś pieprzony model. Ale kiedy na nią spojrzał, rozpłynęła się jak masło w słońcu. Co było dziwnym porównaniem,  bo jego oczy były niebieskie jak zimowe niebo.  Jak lód.
Barman postawił przed Eleną colę i dopiero wtedy powróciła do rzeczywistości.
- Dlaczego zmieniłeś moje zamówienie?  - spytała trochę zirytowana.
- Dbam o twoje zdrowie... um.
- Elena - przedstawiła się. Ujął jej dłoń i musnął lekko wargami.
- Damon - powiedział, patrząc jej w oczy.
Na tym skończyły się pretensje Eleny co do zamówienia.
- Nie widziałam cię tutaj wcześniej - zauważyła brunetka, upijając łyk coli. Takiej buźki by przecież nie zapomniała, prawda?
Uśmiechnął się sam do siebie i chyba chciał coś powiedzieć,  ale zrezygnował i najpierw wypił jednym haustem swoją whisky.
- Jestem przejazdem. Jutro już mnie tu nie będzie - oznajmił.
- Szkoda - wyrwało się Elenie. Popatrzył na nią dziwnie, dlatego się zarumieniła.
- Szkoda - dodał cicho. Zauważyła,  że lustruje ją wzrokiem, w ogóle nie starając się być dyskretnym. No tak. Co ma facet do stracenia?  Widzi go pierwszy i najprawdopodobniej ostatni raz w życiu. - Jesteś naprawdę ładna.
- Dziękuję - uśmiechnęła się i oparła łokieć na ladzie, próbując złapać kontakt wzrokowy z Damonem.
- Obiecaj mi coś,  Eleno - powiedział całkiem poważnym tonem, łapiąc ją nagle,  aczkolwiek delikatnie,  za rękę. - Nie pij. To nie prowadzi do niczego dobrego.
- Mówi koleś...
- Eleno - zbliżył się tak, że prawie stykali się nosami i mocniej ścisnął jej rękę. - Obiecaj - warknął.
Poczuła od niego dym papierosowy wymieszany z nutą perfum. Był taki... pociągający.
- Dobrze - wydusiła. Nadal się nie odsunął, tylko patrzył jej w oczy. Czuła się mała. Może trochę samotna.
Pogłaskał ją po policzku i wrócił do swojej poprzedniej pozy.
- A może chciałabyś pojechać ze mną?  - zaproponował, gestem przywołując barmana. - Mam motocykl, kasę i przyjaciół. A ty jesteś sama - powiedział z uśmieszkiem.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - odparła zmieszana. Co on wygadywał?  Zna go parę minut!  Jego niedoczekanie. - Zwerbuj sobie inną laskę do łóżka.
Chciała odejść,  ale przytrzymał ją za kolano. Spojrzała na niego z pogardą.
- Proponuję wycieczkę -powiedział, marszcząc brwi. - Ale jeśli nie można być już miłym...
- Dziękuję,  ale nie - rzuciła stanowczo. Już ze zbyt wieloma kolesiami miała do czynienia,  aby nie domyślać się, jak się to może skończyć. A Damon byłby kochankiem, po którego odejściu najprawdopodobniej by się załamała. Był zbyt pociągający.
- Jeszcze nie - mruknął. - Do zobaczenia,  Eleno. Uważaj kiedy będziesz szła do domu. Nie strać znowu przytomności.
Zamarła i dopiero po paru sekundach się odwróciła. Ale Damona już nie było. A ona miała tyle pytań!
Cholera.
Zauważyła Caroline i Klausa przy wejściu i została przywitana przez przyjaciółkę z głośnym piskiem, na który jak na komendę odwróciła się połowa gości.
- Witaj - powiedział tylko Klaus,  przytulając ją mocno. Chłopak był Brytyjczykiem o blond włosach,  ostrych, lecz przystojnych rysach i niebieskich oczach. Jego całe prawe ramię pokrywały kolorowe tatuaże,  teraz zakryte przez stylową kurtkę. Caroline tradycyjnie rozpuściła blond włosy i ubrała się cała na czarno.
Elena zauważyła,  że dziewczyna opiera się o Klausa tym znaczącym gestem, który świadczył o tym, że coś się między nimi dzieje.
- Nie uwierzysz w to, co ci powiem!  - zawołała Caroline, kiedy usiedli przy  stoliku.  - Kojarzysz Arianę? - Elena kiwnęła głową, a wtedy blondynka nachyliła się nad stolikiem i szepnęła jej do ucha: - Wczoraj w nocy została zgwałcona.
- Och - wyrwało się Elenie.
- Ale to jeszcze nie koniec - dodała szybko Caroline.  - Mówiła,  że zrobił jej to koleś,  który odjechał motocyklem.
- Przejezdny - dodał Klaus z krzywym uśmiechem. - Nikt w Mystic Falls nie posiada... Nikt oprócz mnie.
- Och - powtórzyła zszokowana Elena.
- Wiesz, że przed Grillem stoi motocykl? - szepnęła Caroline. - To podejrzane.
- Znajdę buca i mu przygrzmocę tak, że się przez tydzień nie dotknie - warknął Klaus,  wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.
- Skarbie... - westchnęła Caro,  ale nic nie dodała.
A więc skarbie.
- Luz - mruknął.
Luz. Koleś, o którym rozmawiali, pięć minut wcześniej proponował jej "wycieczkę", ale spoko. Nic się nie stało.
Tylko jak wytłumaczyć fakt, że wcześniej uratował jej życie? Musiała z nim pogadać.
W tamtej chwili zadzwonił jej telefon.
- Elenko, kochanie? Będę u ciebie jutro po południu. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, jutro wszystko wyjaśnię. - Elena otworzyła usta ale nie zdążyła się odezwać. - Do zobaczenia!
Ciotka Jenna nawet nie pozwoliła jej dojść do głosu. Rozłączyła się, zostawiając Elenę zaskoczoną i niedoinformowaną.
No to chyba musiała zobaczyć się z Damonem jeszcze tego wieczora. Bała się,  bo kto by  się nie bał potencjalnego gwałciciela? Ale chęć poznania prawdy była silniejsza.  Skoro był przestępcą,  dlaczego ją uratował?

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział I

- Elena!
Słyszała przyjaciółkę doskonale,  lecz ignorowała ją na całego. Pouczające komentarze Bonnie były w tym momencie czymś zbędnym. Teraz liczyła się zabawa - znów przywarła ciałem do chłopaka,  którego imienia nawet nie znała,  ale to było bez znaczenia. Muzyka dudniła w jej uszach, a przez ciało co chwilę przebiegały dreszcze.
- Do jasnej cholery,  kobieto! - Bonnie nie zamierzała ustąpić.  Elena poczuła na swoim ramieniu drobną dłoń przyjaciółki,  ale była zbyt pijana, żeby ją odtrącić.
Bennettówna wyprowadziła ją przed lokal,  w którym bawiły się tego tego wieczoru jeszcze z Caroline Forbes.
- Daj mi spokój - warknęła Elena, siadając na schodach. - Chcę się dobrze bawić. Chociaż raz w życiu.
- Wiesz, że bierzesz leki. Nie powinnaś była pić!  - zawołała Bonnie. - Boże,  jeśli ci się coś stanie... To będzie moja wina. Jedziemy do szpitala. Natychmiast.
- Uspokój się - prychnęła Elena. - Czuję się dobrze.  Lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet lepiej niż wtedy, kiedy żyli jeszcze rodzice i mój brat... Pamiętasz Jeremiego?  - spytała, patrząc w brązowe oczy przyjaciółki.  Z powodu pijaństwa nie dostrzegła w nich bólu. - Jasne, że tak. To przez ciebie przedawkował. Bo go rzuciłaś.
- Przestań - powiedziała Bonnie,  starając się pohamować łzy. Doskonale wiedziała,  że Elena jest odurzona i nie mówi naprawdę tego, co myśli.  Ale Bonnie była wrażliwa. Te słowa sprawiały jej nieopisany ból.
- Ale nie chcę - zaprotestował Elena,  wstając ze schodów i zataczając się na wysokich szpilkach. - Wracam do środka.  A ty, beznadziejo w brzydkiej sukience, jedź lepiej do domu. Tatuś na ciebie czeka z kolacją. A mamusia ścieli ci łóżeczko różową kołdrą.
- Dobra!  - krzyknęła Bonnie. - Daj znać,  kiedy się w końcu ogarniesz i zrozumiesz, że opijanie śmierci bliskich nic nie da!
A potem dumnym krokiem odeszła w stronę parkingu.
Elena uśmiechnęła się triumfalnie i podtrzymując się barierki weszła z powrotem do klubu. Rozejrzała się po wnętrzu,  szukając tej lepszej i zabawniejszej przyjaciółki,  blondynki, Caroline.
Nigdzie nie mogła jej dostrzec,  więc usiadła przy stoliku. Przeczesała dłonią kasztanowe, długie włosy i jeszcze raz oglądneła się za Caroline. W końcu ją dostrzegła - tańczyła z jakimś blondynem w kącie sali.  Ale tańcem do końca nazwać tego nie można było. Skleili się lepiej, niż zrobiłoby to super glue.
Po kilku minutach Elenę zaczęła boleć głowa. Muzyka nagle stała się zbyt głośna i denerwujaca. Poczuła,  że zbiera ją na wymioty.
Jak najszybciej mogła zrobić to w szpilkach,  wyszła na zewnątrz. Tam ściągnęła buty i bez zastanowienia wyrzuciła je gdzieś w krzaki.
Na chwilę przed oczami pojawiły się jej czarne plamy i prawie prawie się przewróciła.
- Bonnie! - zawołała.  Po kilku nieudanych próbach zawołania przyjaciółki przypomniała sobie,  że Bonnie wróciła do domu. Na Caroline tez raczej nie miała co liczyć. Postanowiła wrócić do domu na własną rękę.  Albo może: na własne nogi.
Droga prowadziła przez ulicę Barkel,  która była w całości oświetlona przez lampy uliczne. Ten odcinek nie przysporzył Elenie większych kłopotów. Gorzej było już z tą częścią,  która prowadziła przez las.
Mimo letniej pory ta noc była zimną  Elena włożyła skostniałe ręce do kieszeni czarnych dżinsów i skuliła się,  jak najbardziej mogła.  Czuła się tak, jakby wiatr chciał dostać się do jej kości. Zadrżała,  ale nie wiedziała, czy z zimna,  czy z powodu dziwnego uczucia, które ogarnęło jej płuca i gardło. Wzięła głęboki oddech,  ale to nic nie dało. Poczuła,  że brakuje jej tlenu. Szlag. Mogła posłuchać tej panikary.
Zdecydowała się usiąść na środku leśnej ścieżki.  Pozostało jej się modlić,  aby ktoś ją znalazł.  Przez drżące ręce nie mogła nawet wyjąć z kieszeni telefonu.
Świat przed nią zawirował,  a ciemność nabrała złowrogiej głębi. Naprawdę,  nie mogła oddychać. Rozpaczliwie próbowała się jakoś ratować, ale nie dała rady.
Zemdlała.
Nie była pewna, co się stało,  kiedy się ocknęła. Nie wiedziała,  co się dzieje. Dopiero,  kiedy do jej umysłu dotarło,  że ktoś odsuwa swoje wargi z jej ust, otworzyła oczy.
- Spokojnie - usłyszała głos mężczyzny. Nie mogła go zobaczyć ze względu na egipskie ciemności,  ale on najwyraźniej dostrzegł,  że otworzyła oczy. - Pogotowie już jedzie.
A potem pamiętała już tylko dziwne pikanie i głosy innych facetów,  wśród których nie czuła się bezpiecznie. Pogotowie,  pomyślała. Bonnie, przemknęło jej przez myśl. I ten chłopak na ścieżce.  Chciała mu podziękować,  ale nie zdążyła.  Czy kiedykolwiek będzie miała taką szansę?
A potem znowu odpłynęła, myśląc o smaku jego ust, który dziwnie pozostał w jej pamięci.

piątek, 21 lutego 2014

PROLOG

Hey :)

Jestem zadelenowana : dziewczyna z głową pełną pomysłów,  niecierpliwa i uśmiechnięta.
Będę miała wielką przyjemność przedstawić wam coś,  co zrodziło się w mojej głowie po kursie pierwszej pomocy ;)
Nie będzie to opowiadanie o trójkącie miłosnym D&E&S.  O, nie!
Bohaterowie w tym opowiadaniu SĄ LUDŹMI. Bez wampirów i wilkołaków tym razem :)


Mam nadzieję,  że spodoba wam się to, co napiszę :3
****************** * * * * * * * * * * * *

PROLOG

Oddech.
Przestajac pobierać tlen, umieramy.
Nasze serce przestaje pracować, a krew już nie krąży.  Jesteśmy martwi.
Ale jeden oddech może zmienić wszystko.
Zwłaszcza ten, który należy do właściwej osoby.
A wtedy tęsknimy jeszcze bardziej, z każdym kolejnym oddechem.
Lecz co jeśli nasze dni są już policzone? Nie dbamy o to, jak oddychamy, lecz dla kogo.
Czasem nie zdajemy sobie sprawy ze szczęścia, jakie mamy, żyjąc i mogąc być wśród tylu cudownych ludzi.
Memento mori.